sobota, 5 stycznia 2019

Zamachowiec w galerii handlowej


Już od paru ładnych dni, włóczysz się po różnej maści sklepach. Czujesz się jak jeden z osiedlowych lumpów, tylko łazisz i macasz wszystko, co ci pod rękę podejdzie, niczego nie kupując. Żałujesz, że nie włączyłaś chociaż liczącej kroki aplikacji, byłoby czym pochwalić się przed znajomymi. Dzień urodzin, które sprawiły, że szukasz czegoś od serca,  jest już bliski. A Ty… łazisz. Postanawiasz zlitować się nad swoim kręgosłupem oraz stopami. Gdyby mówiły, na pewno wygłosiły jakąś mowę pochwalną na cześć twojej decyzji. Albowiem, skierowałaś się do jednej z czołowych sieci jubilerskich. Srapart, czy jakoś tak. 



Po wejściu, od razu czujesz na sobie wzrok wykwalifikowanych, dystyngowanych, z wysoką kulturą osobistą, na dodatek świetnie ubranych, w wypastowanych do granic możliwości butach i fryzurach prosto z sieci salonów, gdzie zwroty ''Poproszęę fryzuręę'' to normalka. Już po chwili dostajesz etykietę okolicznego rzezimieszka. ''Przylazła coś zaiwanić’’ – myśli z pewnością załoga, widząc twoje niezdecydowanie i przemieszczanie się po salonie krokiem odstawno-dostawnym. Czekasz tylko, aż któryś z pracowników zapyta w końcu „Quo vadis kobieto?”
Dla siebie, na pewno już coś  byś znalazła, ale wiadomo jak to bywa z prezentami. Obawy, czy wpasujesz się w gust, są potworne. Przyświeca ci jednak myśl, że biżuteria była, jest i pozostanie świetnym prezentem dla każdej kobiety. Dlatego też, wytrwale nabijasz dalsze kroki, przy wciąż niewłączonej aplikacji.
Pół dnia spędzonego w krainie chińskim złotem płynącej, nie poszły na marne. Masz! Znalazłaś go. Jest idealny. I tu właśnie diabła pochowali. Decyzja zapadła. Karta aktywna. Kwota na niej wystarczająca, więc i zakup prawie dokonany. Ale chwila, maluch to prawie auto, a goryl to prawie człowiek. ''Prawie'' robi więc gigantyczną robotę.
Stoisz oparta o ladę sklepową, chcąc sfinalizować transakcję. Już. Natychmiast. Gdy wtem, niespostrzeżenie przemyka jeden ze sprzedawców. Dokładniej sprawca-sprzedawca, rodzynek. Resztę załogi, cechuje płeć podobno piękniejsza. Ale nieco więcej o wysuszonym winogronie. Wysoki, nie całkiem brzydki, uosobienie niezdarności. Dyplom Fajtłapy Roku murowany. Dodatkowo, okraszony został szczyptą bezczelności i dwoma łyżeczkami ironii. Bo czy normalne jest, aby stojąc w luksusowym ponoć sklepie, wybierając produkty najwyższej (tfu) jakości, zostać pobitym, napadniętym, skrzywdzonym, poniżonym? Taki oto słoń w składzie biżuterii, zrzuca ci na rękę, nie złoty łańcuszek z zawieszką w kształcie serca, nie wysadzane kamieniami Svarowskiego kolczyki, a… sklepową ladę! Z impetem, jakiego nie powstydziłby się sam Pudzian.
Twój wrzask słychać zapewne w sąsiednim butiku z odzieżą dla puszystych, jak i sklepie z butami dla snobów, naprzeciwko. Mało tego, o napadzie dowiedzieli się też z całą pewnością ludzie stojący na przystanku, przed galerią. Grubość wytwornej lady, która stała się tutaj narzędziem zbrodni, oscyluje w granicy pięciu centymetrów, nie wspominając już o prędkości, z jaką się poruszała jak i ciężarze. Waży pewnie tyle, co ty od czubka głowy po same paznokcie u stóp. Gdybyś brała udział w skoku wzwyż, z pewnością zajęłabyś miejsce w samej czołówce.
Był to moment, gdzie świat się zatrzymał. Przemknęło ci nawet przez myśl, aby zemdleć. W ostatniej chwili, postanowiłaś zostawić tę koncepcję na inną okazję. Twoja ręka zaczęła pulsować niczym przypięta do masażera z pokazów garnków, na których ostatnio byłaś. Czerwona jak nos Rudolfa, zaczęła teraz puchnąć i cała drżeć. Dodatkowo jej prawa, bliźniacza siostra, postanowiła się z nią solidaryzować. Tym sposobem, cała twa postać przypominała teraz galaretkę z truskawkami. Inne zauważalne objawy to rozbiegane jak po dopalaczach oczy i płytki, podobny do tego przed maturą z matmy, oddech.
W tv pokazywali nieraz, że w podobnych przypadkach, nawet kilkuletnie dzieci wiedziały co robić! Wybierając numer 999 lub 112 ratowały życie swojemu rodzicowi, czy rodzeństwu. Ale ty nie miałaś tyle szczęścia. Zamiast sepleniącej grupy przedszkolaków, trafił ci się wykwalifikowany personel salonu jubilerskiego. Szlag!
Z napadu nie wyszłaś stratna, wręcz przeciwnie. Miałaś już przecież piękną pamiątkę. Chyba-złamaną rękę. A tu jeszcze czekał na ciebie, dodatkowy prezent. Worek z kostkami lodu. Lodu, którego być może dotykała sama Anja Rubik? - ubiegłoroczna twarz sieciówki. Wiedziałaś, że w tego typu miejscach często dają gratisy, ale żeby aż tyle. Coś niesamowitego. Obdarowana, mogłaś już wracać do domu. Dobrze, że pracowałaś kiedyś jako kaskader w filmach akcji. Dzięki temu posiadasz umiejętność prowadzenia samochodu stojąc, leżąc i siedząc tyłem. Kierowanie jedną ręką to więc jak pryszcz na czole gimnazjalisty. A na poważnie, w drodze powrotnej odmawiasz cztery pełne dziesiątki różańca.
Szpital chirurgii  urazowej, do którego właśnie dotarłaś pęka w szwach. Czyżby więcej osób padło ofiarą tego dystyngowanego ciamajdy? Już wiedzą, że nie mają do czynienia z byle kim. Od razu robią ci sesję zdjęciową. Całkowicie za darmo. Nie rozumiesz tylko miny lekarza, który zapytawszy – ''co się pani stało?'', usłyszał bardzo prozaiczną odpowiedź – ''niech doktor pamięta: nie zadzieraj z jubilerem''. 

poniedziałek, 10 grudnia 2018

Horror małżeński





Historia sprzed kilku miesięcy

Wybiła kolejna rocznica waszego ślubu. Pierwsze co myślisz: ''ale ten czas zasuwa''(,,zasuwa’’ to rzecz jasna zamiennik jakże popularnego wulgaryzmu). Drugie co stwierdzasz: ''już tyle ze mną wytrzymuje…na pewno wspomaga się myślą o polisie na wypadek śmieci współmałżonka, którą można zrealizować dopiero po 10 latach''. Zaraz potem zastanawiasz się, cóż takiego swej drugiej połówce z tej okazji podarować. Nie chcesz być standardowa i monotematyczna. Gdybyś grzeszyła umiejętnościami kulinarnymi z pewnością postawiłabyś na jakieś wymyślne danie lub rozpływające się w ustach domowe ciasto. Z obawy przed zakalcem lub co gorsza spaleniem domu, szybko pomysł ten porzucasz. Zamiast kupowania pudełka czekoladek lub kolejnego zapachu prawdziwego mężczyzny w szklanym flakoniku, decydujesz się postawić na wspólnie spędzony czas. Tak! To będzie wspaniały prezent. Dla ciebie – z pewnością, dla Niego – hmm…

Z innej nieco beczki. Od kilku tygodni zaintrygowana jesteś słowami wirtualnego coacha. W internetowym wykładzie wspominał coś o filmie, który rzekomo trzeba zobaczyć, aby ruszyć do przodu, zmienić coś w życiu, spojrzeć na świat w zupełnie innych okularach. Jego zdaniem absolutną koniecznością jest obejrzenie filmu ''Yes Man'' z Jimmem Carrey w roli głównej. Aktora lubisz, komputer masz, Internet śmiga. Nic zatem nie stoi na przeszkodzie, aby rozpocząć projekcję.

Komedię oglądasz w ulubionym duecie - z Nim. Razem dochodzicie do wniosku, że z pewnością nie były to zmarnowane dwie godziny. Co więcej, postanawiacie że spróbujecie przedstawiony w filmie sposób zmiany egzystencji, wdrożyć w realne życie.

Wracając do samej koncepcji romantycznego prezentu…

Wpada Ci do głowy idealny wprost pomysł. Czemu by nie połączyć celebrowania rocznicy osobistej instytucji małżeństwa, z czymś czego nigdy jeszcze nie robiliście…wspólnie? Tak! Genialne! Tak ci się przynajmniej wydaje. Zamawiasz bilety do kina. Ale chwila - przecież w kinie to bywacie, odkąd się znacie - dość regularnie. Zamawiasz bilety do kina na… horror. ''To będzie coś!'' – myślisz. Praktycznie już jesteś dumna, że się na to odważyłaś. A co dopiero po zakończonym seansie. Oczyma wyobraźni widzisz siebie z wypięta piersią wychodząc z sali kinowej.

Pierwsze rozterki pojawiają się w sam dzień wielkiego wyjścia. Postanawiasz jednak, wziąć byka za rogi i stawić czoła tym wszystkim straszydłom, duchom, upiorom, psychopatom (czy czemukolwiek, co reżyser chce wam zaserwować). Wszystko pięknie ładnie do momentu, kiedy dziewczynka o twarzy laleczki Chucky odcina nożyczkami głowę zdechłego gołębia. Popcorn staje ci w gardle. Z prawidłowego trawienia w tym dniu, raczej nici. 

Z każdym kolejnym kadrem jest tylko gorzej. Mimo, iż co chwila nie odcina się komuś głowy, robotę robi złowieszcza muzyka. Myślałaś, że tego typu tricki są już przestarzałe. Nic z tego. Próbujesz wyłączyć dźwięki, ale pilot z domowego tv jakoś nie chce działać. Na ekranie pojawiają się kolejne średnio-cukierkowe sceny. Ciężka decyzja, ale postanawiasz ją podjąć. Twooje ciaało roobi siiię gięętkie, dzięki czemu zjeżdżasz po fotelu niczym kilkulatek po zjeżdżalni przed przedszkolem. Idealna pozycja osiągnięta. Pośladki nadal na siedzisku,  głowa z kolei na tyle nisko, że nie widzisz nic, poza czupryną gościa z rzędu przed sobą.

Ładnych kilka kwadransów tkwisz w obranym przez siebie ułożeniu. Jedyne co słyszysz, to momenty gdy poszczególni bohaterowie wpadają w szaleńczy obłęd mordując kolejnych członków swojej ześwirowanej rodzinki. Kręgosłup zwija ci się już powoli w klucz wiolinowy. Pocieszasz się jednak, że lepsze to niż zejść na zawał. Ostatnie wrzaski, płacz i jeszcze bardziej przerażająca cisza. Koniec! Podskakujesz na metr do góry. W radosnych podskokach opuszczasz salę. Wyglądasz jak dziecko po odcinku Smerfów. Na twarzy męża nie rysuje się z kolei nic. Nie wiesz co o tym myśleć. 

W drodze powrotnej postanawiasz więc uratować jakoś sytuację. Rozpoczynasz poseansową dyskusję  na poziomie jako już prawdziwy miłośnik filmów grozy. Ze szczerym więc przejęciem w głosie pytasz: ''Czy ktoś z nich przeżył?''

czwartek, 6 grudnia 2018

Z archiwum X, czyli o zakupach w spożywczaku


Jak zacząć nowy sezon bloga to tylko od historii z cyklu ''Trudne sprawy'' lub ''Dlaczego ja?''. Ale chwileczkę…po dłuższym namyśle, zdarzenie to należy zakwalifikować jednak do serii ''Z archiwum X''.





Jest piękne grudniowe popołudnie. Zmierzasz do lokalnego, błędnie traktowanego przez większość rodaków  jako ''polskiego'' sklepu – Biedronki, Biedry, Biedy etc. Udajesz się tam z bardzo konkretną misją, a mianowicie celem zakupienia zmarnowanego soku malinowego, a przez to i odkupienia swoich win. Upadł. Stłukł się. Tak się zdarza. Tak uważasz - Ty. Twoja rodzicielka jest jednak zupełnie innego zdania. Dlatego też ranga tej misji znacząco rośnie. Gdybyś miała więcej czasu z pewnością zadzwoniłabyś po poradę do Bonda. Czas jednak nagli. Wyruszasz więc sama, na dodatek bez jakiegokolwiek przygotowania czy chociażby konkretnego planu działania. 

Buszując po ladach sklepowych, poza dorwaniem poszukiwanego eliksiru, którego moc sprawi, że w domu zapanuje spokój, postanawiasz zakupić jeszcze kilka innych niezbędnych do przeżycia produktów żywnościowych. Kierujesz się w tym celu na dział mięsny. W czasie przekopywania góry mięsiwa, Twym oczom ukazuje się on. Piękny, błyszczący, w rozmiarze 13. Dobrze, że nie masz tendencji do omdleń. Zszokowana tym zjawiskiem, boisz się jednak tego co zaraz się może wydarzyć. Zastanawiasz się skąd wyjedzie ukryta kamera lub wyskoczy pół oddziału ABW. Pierścionek prawie z brylantem, bo o nim mowa leżakuje sobie w lodówce pełnej mięcha, na dodatek…mielonego! 

Kiedy dochodzisz do siebie, trzeźwiej patrząc na całą sprawę, zastanawiasz się co za idiota postanowił oświadczyć się komuś w tak okrutny sposób. Czemu w okrutny? A jak inaczej nazwać umieszczenie najważniejszego dla kobiety symbolu miłości mężczyzny wśród zabitych zwierząt? Tak czy inaczej postanawiasz, że konieczne jest szybkie odszukanie świeżo upieczonej właścicielki lub właśnie darczyńcy owej zguby. W pocie czoła zamieszczasz post na portalu, gdzie tego typu sprawy są na porządku dziennym:  ''Po wczorajszej libacji alkoholowej zgubiłem kartę śkup. Pomocy'', ''Poszukiwany dobry psycholog dla psa'',  czy też ''Piękna blondynko, która tak finezyjnie stałaś na przegubie autobusu linii 123 odezwij się''. Tylko czekać aż sprawą zainteresuje się lokalna TV lub nawet media głównego nurtu. Bądź co bądź, ale powinny! Ten przypadek na łeb i szyję bije przecież znalezienie na dziale ''owoce'' tarantuli wylegującej się wśród bananów. 

Twój niecodzienny obywatelski obowiązek - spełniony. Lada dzień odnaleziony zostanie amator tego cacka. Podziękowania, uściski, wywiady. Właściciel dozgonnie wdzięczny. Ty szczęśliwa. Wszyscy zadowoleni. Tylko Mama coś się dąsa. Soku malinowego jak nie było, tak nie ma. 

* Nie mogę pochwalić się niestety, abym to ja była główną bohaterką tej niesamowitej historii. Jednakże z racji tego, iż ostatnimi czasy ze względu na przymusowy areszt domowy (o czym z pewnością na blogu opowiem) - inspiruję się wszelkimi relacjami z zewnątrz. Dziękuję G.D. za umożliwienie mi jej opowiedzenia. Mam nadzieję, że ciut ironicznie udało mi się choć trochę opisać kulisy tej sprawy. Tak  czy inaczej, świetnie się przy tym bawiłam! :)




piątek, 29 grudnia 2017

Belfer choruje kulturalnie, czyli na czym polega oświatowy savoir vivre

Obiecuję, że ''przyfasolę'' temu kto zapyta mnie, jak mija mi beztroski okres okołoświąteczny, lub co tam porabiam w ramach odpoczynku od szkoły. Moi drodzy... jest to swego rodzaju te-mat ta-bu. Postanowiłam jednak wziąć go za rogi i rozpracować przed Wami na czynniki pierwsze. W telegraficznym skrócie, rzecz jasna. Z owej ''radości na wolnym'' górne zębiska tłuką mi o dolne, tak że nie wiem od czego zacząć. A jeśli ja nie wiem od czego zacząć, to sprawa jest naprawdę poważna.  Zacznę może zatem od początku. Tak, to będzie najrozsądniejsze. 
 
***

Wróćmy w takim razie do ostatnich dni sierpnia. Mimo, iż cudowny czas wakacji dobiega wtedy końca, gęba i tak ci się cieszy. Co się ma nie cieszyć, skoro czujesz się dobrze. Zdążyłeś ochłonąć już z czerwcowego horroru. Masz dość dużo sił, by zobaczyć się jeszcze ze znajomymi, wyskoczyć do galerii handlowej, czy pójść ze swoim wariackim czworonogiem, na przechadzkę po dzielni. Jedyne tabletki jakie łykasz, to witamina C, której nigdy przecież za wiele.

W pewnej chwili, coś budzi cię z tego snu.

O nie! Pierwszy dzwonek!  Wiesz przecież, czym to grozi. Nie chodzi tu wcale o to, że nie chcesz wrócić do swoich obowiązków. Wybrałeś przecież ten zawód w pełni władz umysłowych, a nie po flaszce żołądkowej gorzkiej. Po wszystkich latach spędzonych na szerzeniu kaganka oświaty, zdajesz sobie już doskonale sprawę, że za chwilę twoje życie zmieni się na pobyt w domu, nie tak pogodnej, starości.

Pierwsze dwa tygodnie upływają jednak dość spokojnie. Drobne pokasływania ze strony małoletnich omijają cię na tyle, że nawet zapominasz o czyhającym na każdym kroku niebezpieczeństwie. Z każdym kolejnych dniem, twoje ruchy stają się mniej energiczne, głowa cięższa. Na ustach i w gardle pojawia się niepokojąca suchość. Czujesz zdezorientowanie do momentu, gdy zaczynasz wyliczać wszystkie swoje gnaty... kostka po kostce. 

Już wiadomo co cię dopadło, czy nazywając rzeczy po imieniu - co cię  napadło. Niesprawiedliwie jak kibol, który jest w stanie pobić nawet staruszkę. Przeziębienie. Włączasz tryb ''opcja - standard'', czyli zmniejszasz skalę objawów, tak by ich nie zauważać. W dalszym ciągu, każdego dnia przybywasz ochoczo na miejsce zbiorowej zbrodni na twym zdrowiu.

Witamina C traci już swą magiczną moc. Przydałby się jej jakiś szerszy w barkach kompan. Na mieście mówią na niego Antybiotyk. Udajesz się zatem w miejsce, które wzbudza w tobie same negatywne uczucia. Nawet po dłuższym namyśle. Tak. Samiuteńkie! Przychodnia zdrowia. A w jej środku coś jeszcze gorszego - osoby po medycynie. Celowo nie zostało użyte tu sformułowanie lekarze, bowiem lekarz (czyli osoba mająca poprawić twój stan zdrowia, biorąc pod uwagę wszystkie wskazywane przez ciebie objawy bacząc na łączne dobro narządów w twym ciele, a nie tylko na oko, żołądek czy kolano) to niezwykle rzadki okaz.  Może i nauczyciele nie są osobami o zupełnie zdrowej psychice, jednak ta grupa zawodowa bije ich na łeb i szyję. Wszystkich ich w autokar i ''wio!'' w podróż z biletem w jedną stronę.

Tak czy owak, podobnie jak i ty, chora jest również, cała służba zdrowia. Na świstku z nabazgraną nazwą leku, musi być przecież ten nieszczęsny podpis absolwenta studiów medycznych. Po standardowym wyprowadzeniu cię z równowagi (absurdalne porady, wyolbrzymianie twojego stanu zdrowia lub jego totalne bagatelizowanie) możesz dziarsko pomaszerować w stronę punktu aptecznego, gdzie zostawiasz ćwierć swojej pensji. Zwolnienia naturalnie nie bierzesz. Jesteś przecież dobrze wychowany, nie chcesz robić komuś przykrości. Bierzesz głowę pod pachę i zasuwasz do pracy. Teraz ważne, abyś chorował sobie w niej cichutko, najlepiej tak by nikt tego nie zauważył. I tak z pomocą wszystkich świętych, udało ci się przechodzić ten stan, aż do połknięcia na długiej przerwie ostatniej pigułki. Udało się. Sukces. Nie licząc tego, że na skutek tego tygodniowego incydentu, pewnie o trzy lata wcześniej - kopniesz w kalendarz.

I tak mija następny tydzień. Kolejna fala infekcji. Dzieciaki zdziesiątkowane. Szkoła wygląda teraz na iście prywatną, gdzie do klas uczęszcza po ośmioro - dziewięcioro uczniów. Ci co wytrwali, prawdopodobnie wcale nie wyglądają lepiej, od tych w areszcie domowym. I znów...znajomy widok. Gile wiszące im po samą brodę, i kaszel gruźlika, w ich akompaniamencie, to naprawdę pryszcz. Zaczyna się istna walka o przetrwanie. Boisz się własnego cienia. Panikujesz na samą myśl, by podejść zbyt blisko do kogokolwiek. W czasie przerwy, wykonujesz pełną gamę uników. To przyspieszenia, to zwolnienia - w zależności skąd zaraz nadejdzie potencjalna bakteria. Odczuwasz lęk przed dotknięciem czyjegoś zeszytu, ścierki do tablicy, kredy. Wyjście z sali też wymaga nie lada odwagi. Konieczne jest przecież dotknięcie klamki. Jesteś w potrzasku. Ratunku!

***
Stało się. Święta tuż tuż, a ty znów czujesz się jak cukierek z toffi w środku. Na dodatek - przeżuty. Ale nie ma tego złego. Czekasz przecież na medal z ministerstwa. Ma ponoć przyjść pocztą, niebawem. Dzielnie nie odpuściłeś ani jednej klasówki, ani jednego dyżuru. Nawet na szkolnej dyskotece bawiłeś się świetnie. Choć trochę trudno tańczy się z termometrem pod pachą. Nie jesteś zwykłym belfrem! Jesteś nauczycielem,  który z wyróżnieniem ukończył specjalny kurs savoir vivre w dziedzinie kamuflowania dolegliwości zdrowotnych. Bohater przyszłych pokoleń. Pracownik roku. Nowa twarz Gripexu. Jak chorujesz, to po cichutku. Pełna kindersztuba. I to nic, że nie zdążysz się wykurować. Z przygotowaniem domu do świąt też może być problem. Ale spokojnie. Kto powiedział, że Boże Narodzenie trzeba obchodzić w grudniu?


 

wtorek, 26 grudnia 2017

Bo każda bombka ma swą osobowość

Świąteczny czas to również podziwianie choinek, w tym oczywiście własnej. Osobiste bożonarodzeniowe drzewko jest z całą pewnością, najmocniej brane przez nas pod lupę. To właśnie jego strojenie, skradło nam przecież całe ostatnie popołudnie. To za nie czujemy się odpowiedzialni. To nim chcemy się pochwalić przed bliskimi. Nie jest to jednak zwykła choinka. To nasza choinka, wyjątkowa i jedyna taka w całej Drodze Mlecznej. Znamy każdy jej zakamarek. Wiemy, która ozdoba wisi na ''słowo honoru'', a która żarówka pracuje tylko na ćwierć etatu. Bombki wielkości naszej głowy powiesiliśmy jak zwykle na dole. Logiczne, kwestia ich gabarytów. Figurki, które darzymy większym sentymentem otrzymały role pierwszoplanowe. Te, których pochodzenia nie znamy, zaledwie epilogi, gdzieś z tyłu. Łańcuch znów spisał się świetnie. Udało się nim zamaskować pewne niedoskonałości, jakie wybrzmiały podczas tej artystycznej uczty. Gwiazda na czubku zwieńczyła dzieło.
 
Teraz możesz wreszcie wziąć kubek z kawą z mlekiem, o idealnych twoim zdaniem proporcjach. Kęs piernika i Eden otwiera przed tobą swe wrota. Zerkasz na nią odważniej, zakochując się przy każdym spojrzeniu coraz bardziej. Duma rozpiera ci serce. I znów ta ohydna skłonność do zadumy. Skąd tyle tego w twojej głowie? Czy jest na sali jakiś lekarz?
 
Stawiają je w pierwszym rzędzie, kiedy te chcą pozostać w tyle. Bo czy każdy z nas musi błyszczeć? Czym one są do diabła? Bombkami na choince? Do licha. Część z nim, wolałaby z pewnością wcielić się w rolę tego małego aniołka, zawieszonego gdzieś na środkowej gałązce, z tyłu świątecznego drzewka. I jeśli taka jest jego wola, to tam właśnie powinien zostać umieszczony. Jeszcze większy sukces pedagogiczny odniesie ten, kto sprawi, że ci o których mowa sami wkomponują się w otoczenie. W ascetycznym spokoju lub w kreatywnym chaosie. Grunt, że wśród swoich.

Wyjdźmy teraz poza trywialne aspekty związane z tradycją świąteczną. Strasznie nie w porządku (by nie użyć bardziej dosadnego sformułowania) jest modelowanie kolejnego pokolenia mierząc swoją miarą. Jak wiadomo, bardzo często motorem napędowym takiego zabiegu są niespełnione marzenia z własnego dzieciństwa. Mogą to być również braki, czy krzywdy doznane wiele lat temu.
-  Nie miałam możliwości, by grać na skrzypcach, więc Bożence się to jak psu buda należy. 
- Zabrakło mi zaledwie kilku punktów, na egzaminie wstępnym do szkoły baletowej. Tosi nie zabraknie, już moja w tym głowa.
-  W domu nigdy nie było pieniędzy. Ojciec wolał pół litra czystej dla siebie, niż godzinny trening dla mnie. Być może niespełnionej gwiazdy futbolu. Przyjmuję zatem wszystkie fuchy, nawet te w dni świąteczne, tak by zajęcia z nożnej mojego Radka nigdy nie ominęły.

To naprawdę godne pochwały. Chęć przetarcia szlaków własnemu dziecku, by nie musiało tej dżungli pielić ręcznie. Nieraz zaczyna jednak brakować doby na to, by Krzysiu czy Beatka zdążyli schować saksofon do futerału i naciągnąć czepek lub włożyć kask hokejowy na głowę. A tu jeszcze z plecaka woła zadanie domowe. Frustracja gotowa. Kochana Mamo, wspaniały Tato, przyjrzyj się proszę swojemu Szczęściu. Po których zajęciach, na jego twarzy maluje się uśmiech taki, że widać jego siódemki? O którym trenerze ciągle papla i papla? W jakich okolicznościach zaczynają wyrastać mu małe bo małe, ale jednak skrzydła? Jeśli pozwolisz mu na niedoskonałość w pewnych sferach, szanować cię będzie o wiele mocniej. Doceniaj starania. Celebruj sukcesy. Podium w miejskim turnieju piłki ręcznej i zaledwie czwóra z matmy, są naprawdę OK!

Niech zatem delikatne ceramiczne aniołki, wiszą sobie w ustronnym miejscu, między dwiema pięknymi świerkowymi gałązkami. Renifer z przekrzywionymi rogami chciałby z kolei choć raz, nie mieć na nich  korygującej taśmy klejącej. A przebojowe bombki, mogą za to błyszczeć do woli w blasku migających świateł. Jedynie biedna gwiazda nie ma wyjścia. Czubek musi ją rokrocznie łaskotać w tym samym miejscu.

wtorek, 19 grudnia 2017

Jak kontakt z żelazkiem skraca życie

Sto lat niczego nie napisałam. A może minęły już dwa wieki? Tak czy inaczej, po traumatycznych wydarzeniach z ostatnich dni poczułam silną potrzebę naskrobania kilku zdań. W dobie tworzenia tekstów na klawiaturze komputera nawet ''naskrobanie'' staje się już lekko zużyte. Ahh... I o tym właśnie chciałabym chwilę podumać.
 
Bardzo wielu ludzi ceni sobie wynalazki teraźniejszości. Chociażby żaluzje typu dzień – noc. Super sprawa. Ładnie wyglądają. Świetnie komponują się z meblami w nowoczesnym stylu. I co najważniejsze - nie wymagają prasowania! Ta okrutna w formie czynność o niewinnej nazwie może doprowadzić człowieka do ruiny, zarówno psychicznej jak fizycznej. Po trzygodzinnym staniu przy desce (której marzenie o serfowaniu nie spełniło się) i wielu godzinach ataków na uparcie powracające zagniecenia, kręgosłup woła o masaż a psychika o terapeutę. Tak na prawdę, sprawa zaczyna się mocno komplikować gdzieś w okolicy szóstego metra bieżącego. Im dalej w las, tym bardziej sprawy wymykają się spod kontroli. Słownik wulgaryzmów zostaje bezpowrotnie wykorzystany. Nawet Szekspir - gdyby żył, widząc to miałby niezłe pole do popisu... jeśli idzie o dramaty.

Jednak gdy upartość przeważa nad mieszanką łez i potu, masz szasnę na ukończenie dzieła jeszcze w tym roku. Teraz wystarczy tylko odprowadzić zupełnie krew z rąk, przy akrobatycznym wieszaniu przydługawego tiulu i ''wuala''! Siadasz, przyglądasz się. Myślisz ''ładnie wyglądają''. Ładnie? Prezentują się pięknie. Cudnie wręcz. Bajecznie! Wmawiasz to sobie, bo wiesz że włożyłaś w nie połowę pokładów swej tygodniowej energii, która mogłaby spokojnie wystarczyć do wynalezienia nowego pierwiastka.
 
Kres euforii przychodzi wraz z odwróceniem głowy, gdy oczom ukazuje się wielkie białe, puszyste igloo. Sterta uniemożliwiająca ucieczkę z pomieszczenia, spokojnie wystarczyłaby na uszycie nowej kolekcji welonów do któregoś z pobliskich salonów mody ślubnej. Dlaczego zatem mimo, iż w twoim domu rokrocznie dochodzi do okołoświątecznego psioczenia nadal wieszasz te wredne welony, na tych irytująco wysoko zawieszonych drutach, w tych nielogicznie żmudnych do polerki oknach? Bo jesteś cholerną tradycjonalistką o duszy wielbiącej klasykę! A tfu.
 
Jeśli pod choinkę dostanę żelazko... Nie, spokojnie - jestem pewna, że dzieciątko nie będzie, aż tak okrutne.


czwartek, 20 kwietnia 2017

Święconka a istota edukacji


Podobno cel uświęca środki, prawda? Zatem dobrze jest pójść z wielkanocnym koszykiem celem uświęcenia i jego środka. Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Pieczołowicie zapakowałam zatem wszystkie symbole Wielkiej Nocy, jakie powinno się z sobą zabrać. Koszyk, mimo niewielkich rozmiarów był w stanie pomieścić między innymi połowę mięsnego, chleb i parę pisanek. Nie wspominając już o pasażerze, który zajął najlepsze chyba miejsce. Ale mój baran to jeszcze nic! Siedział dumny i blady, do momentu, gdy u innego katolika zobaczył nietuzinkowy symbol Świąt - ''Milky Way''. Od razu mina mu zrzedła. Zrozumiał, że taki wyjątkowy to jak widać, wcale on nie jest.
 
Ale przechodząc do sedna...ksiądz, którego cel dotyczył jak zwykle uświęcenia środka wielu wiklinowych kompozycji, zrobił na mnie nie lada wrażenie. W banalny sposób przekazał bowiem bardzo istotne kwestie. W pierwszej kolejności poprosił, by nie wysyłać mu raczej wiadomości SMS pod tytułem ''smacznego jajka'', bo te smakują mu zawsze i bez odpowiednich ku temu życzeń. Mokry dyngus również nie jest szczytem jego wielkanocnych marzeń. Duchowny poszedł jednak dalej. Te wszystkie koszykowe wnętrza ''tutaj obecne'' - jak to określił, istotne nie są. To znaczy są, ale nie aż tak jak to sobie wyobrażamy. To, czy wszystkie okna w naszych domach zostały umyte, firany wyprasowane, a dywany wytrzepane, to też jakby sprawa drugoplanowa. Banał. Niby wszyscy wiedzą. A od grudnia i tak po skończonym bożonarodzeniowym szaleństwie, wielu odlicza już dni do kolejnego trzepania dywanów. Zapominamy przy tym o istocie Wielkanocy. Więcej czasu powinniśmy poświęcić na to, by odrodzić się na nowo. Oczyścić. Być lepszym człowiekiem. Starać się.
 
 
 
Dlaczego tu o tym bazgram? Raz, że Święta już za nami, a dwa - co ma wspólnego belfer ze święconką? Zauważyłam, że sporo. Nauczyciele starają się ''wtłuc'' do głów wiele. Bardzo wiele. Mogąc zarazem bardzo... niewiele. Okoliczności powstania styczniowego są z pewnością ważne. Podobnie jak rozwiązanie równania z dwiema niewiadomymi. Ciężko też wyobrazić sobie życie bez znajomości pisowni rzeka przez ''rz'' i góra przez ''u kreskowane''. Tym bardziej, gdy mówimy o poziomie szkoły podstawowej. Ten etap edukacji, szczególnie duży nacisk powinien kłaść na przekazanie możliwie wszystkich podstaw wiedzy. Zdając sobie jednak sprawę z faktu, że jest to po prostu nie-moż-li-we, może warto byłoby skupić się na istocie szkoły?
 
Systemie edukacji, tak - do Ciebie mówię! W ciągu sześciu, a niebawem ośmiu lat trudno jest przekazać całą podstawową wiedzę z wszystkich dziedzin nauki. Jeśli czas pozwoli już ją przewałkować, to z pewnością osiemdziesiąt procent z niej stanie się po miesiącach, czy latach już tylko... wspomnieniem. Apeluję zatem - pozwól nam skupić się na podstawach podstaw. W głowie i nie tylko w niej, nie mieści się bowiem to, jak można opuścić podstawówkę bez znajomości dni tygodnia, miesięcy, tabliczki mnożenia, czy alfabetu. Umiejętność pisania i czytania przede wszystkim! W tym czytania ze zrozumieniem do jasnej cholery! Korzystanie z Internetu i innych źródeł wiedzy - po drugie! Radzenie sobie ze stresem - trzy! Przezwyciężanie trudności - cztery! Piątka powinna być tak na prawdę numerem jeden - bycie przyzwoitym, samodzielnym, myślącym, wartościowym człowiekiem. Znającym swe mocne strony, ale zdającym sobie też sprawę z posiadanych ograniczeń.

Nie zmuszaj nas do pisania sprawozdań ze sprawozdań, prowadzenia statystyk i wypełniania dokumentów, które posłużyć mogą później tylko jako podkładka pod chwiejące się meble. Nie zabieraj nam czasu i energii konstruowaniem coraz bardziej wymyślnych tabeli do wypełnienia. To godziny, dni, miesiące i wreszcie lata,  kiedy powinniśmy być blisko ucznia. Pozwól nam skupić się na istocie edukacji - na Nim. By na naszych oczach mógł stawać się lepszym Człowiekiem.
 
Z poważaniem,
Niezły Belfer

P.S. W rolę belfera wcielił się niezły wikary, za to co serdeczne Bóg zapłać. Tak święcenie jajek jak i otwieranie oczu - tylko u Niego.