piątek, 29 grudnia 2017

Belfer choruje kulturalnie, czyli na czym polega oświatowy savoir vivre

Obiecuję, że ''przyfasolę'' temu kto zapyta mnie, jak mija mi beztroski okres okołoświąteczny, lub co tam porabiam w ramach odpoczynku od szkoły. Moi drodzy... jest to swego rodzaju te-mat ta-bu. Postanowiłam jednak wziąć go za rogi i rozpracować przed Wami na czynniki pierwsze. W telegraficznym skrócie, rzecz jasna. Z owej ''radości na wolnym'' górne zębiska tłuką mi o dolne, tak że nie wiem od czego zacząć. A jeśli ja nie wiem od czego zacząć, to sprawa jest naprawdę poważna.  Zacznę może zatem od początku. Tak, to będzie najrozsądniejsze. 
 
***

Wróćmy w takim razie do ostatnich dni sierpnia. Mimo, iż cudowny czas wakacji dobiega wtedy końca, gęba i tak ci się cieszy. Co się ma nie cieszyć, skoro czujesz się dobrze. Zdążyłeś ochłonąć już z czerwcowego horroru. Masz dość dużo sił, by zobaczyć się jeszcze ze znajomymi, wyskoczyć do galerii handlowej, czy pójść ze swoim wariackim czworonogiem, na przechadzkę po dzielni. Jedyne tabletki jakie łykasz, to witamina C, której nigdy przecież za wiele.

W pewnej chwili, coś budzi cię z tego snu.

O nie! Pierwszy dzwonek!  Wiesz przecież, czym to grozi. Nie chodzi tu wcale o to, że nie chcesz wrócić do swoich obowiązków. Wybrałeś przecież ten zawód w pełni władz umysłowych, a nie po flaszce żołądkowej gorzkiej. Po wszystkich latach spędzonych na szerzeniu kaganka oświaty, zdajesz sobie już doskonale sprawę, że za chwilę twoje życie zmieni się na pobyt w domu, nie tak pogodnej, starości.

Pierwsze dwa tygodnie upływają jednak dość spokojnie. Drobne pokasływania ze strony małoletnich omijają cię na tyle, że nawet zapominasz o czyhającym na każdym kroku niebezpieczeństwie. Z każdym kolejnych dniem, twoje ruchy stają się mniej energiczne, głowa cięższa. Na ustach i w gardle pojawia się niepokojąca suchość. Czujesz zdezorientowanie do momentu, gdy zaczynasz wyliczać wszystkie swoje gnaty... kostka po kostce. 

Już wiadomo co cię dopadło, czy nazywając rzeczy po imieniu - co cię  napadło. Niesprawiedliwie jak kibol, który jest w stanie pobić nawet staruszkę. Przeziębienie. Włączasz tryb ''opcja - standard'', czyli zmniejszasz skalę objawów, tak by ich nie zauważać. W dalszym ciągu, każdego dnia przybywasz ochoczo na miejsce zbiorowej zbrodni na twym zdrowiu.

Witamina C traci już swą magiczną moc. Przydałby się jej jakiś szerszy w barkach kompan. Na mieście mówią na niego Antybiotyk. Udajesz się zatem w miejsce, które wzbudza w tobie same negatywne uczucia. Nawet po dłuższym namyśle. Tak. Samiuteńkie! Przychodnia zdrowia. A w jej środku coś jeszcze gorszego - osoby po medycynie. Celowo nie zostało użyte tu sformułowanie lekarze, bowiem lekarz (czyli osoba mająca poprawić twój stan zdrowia, biorąc pod uwagę wszystkie wskazywane przez ciebie objawy bacząc na łączne dobro narządów w twym ciele, a nie tylko na oko, żołądek czy kolano) to niezwykle rzadki okaz.  Może i nauczyciele nie są osobami o zupełnie zdrowej psychice, jednak ta grupa zawodowa bije ich na łeb i szyję. Wszystkich ich w autokar i ''wio!'' w podróż z biletem w jedną stronę.

Tak czy owak, podobnie jak i ty, chora jest również, cała służba zdrowia. Na świstku z nabazgraną nazwą leku, musi być przecież ten nieszczęsny podpis absolwenta studiów medycznych. Po standardowym wyprowadzeniu cię z równowagi (absurdalne porady, wyolbrzymianie twojego stanu zdrowia lub jego totalne bagatelizowanie) możesz dziarsko pomaszerować w stronę punktu aptecznego, gdzie zostawiasz ćwierć swojej pensji. Zwolnienia naturalnie nie bierzesz. Jesteś przecież dobrze wychowany, nie chcesz robić komuś przykrości. Bierzesz głowę pod pachę i zasuwasz do pracy. Teraz ważne, abyś chorował sobie w niej cichutko, najlepiej tak by nikt tego nie zauważył. I tak z pomocą wszystkich świętych, udało ci się przechodzić ten stan, aż do połknięcia na długiej przerwie ostatniej pigułki. Udało się. Sukces. Nie licząc tego, że na skutek tego tygodniowego incydentu, pewnie o trzy lata wcześniej - kopniesz w kalendarz.

I tak mija następny tydzień. Kolejna fala infekcji. Dzieciaki zdziesiątkowane. Szkoła wygląda teraz na iście prywatną, gdzie do klas uczęszcza po ośmioro - dziewięcioro uczniów. Ci co wytrwali, prawdopodobnie wcale nie wyglądają lepiej, od tych w areszcie domowym. I znów...znajomy widok. Gile wiszące im po samą brodę, i kaszel gruźlika, w ich akompaniamencie, to naprawdę pryszcz. Zaczyna się istna walka o przetrwanie. Boisz się własnego cienia. Panikujesz na samą myśl, by podejść zbyt blisko do kogokolwiek. W czasie przerwy, wykonujesz pełną gamę uników. To przyspieszenia, to zwolnienia - w zależności skąd zaraz nadejdzie potencjalna bakteria. Odczuwasz lęk przed dotknięciem czyjegoś zeszytu, ścierki do tablicy, kredy. Wyjście z sali też wymaga nie lada odwagi. Konieczne jest przecież dotknięcie klamki. Jesteś w potrzasku. Ratunku!

***
Stało się. Święta tuż tuż, a ty znów czujesz się jak cukierek z toffi w środku. Na dodatek - przeżuty. Ale nie ma tego złego. Czekasz przecież na medal z ministerstwa. Ma ponoć przyjść pocztą, niebawem. Dzielnie nie odpuściłeś ani jednej klasówki, ani jednego dyżuru. Nawet na szkolnej dyskotece bawiłeś się świetnie. Choć trochę trudno tańczy się z termometrem pod pachą. Nie jesteś zwykłym belfrem! Jesteś nauczycielem,  który z wyróżnieniem ukończył specjalny kurs savoir vivre w dziedzinie kamuflowania dolegliwości zdrowotnych. Bohater przyszłych pokoleń. Pracownik roku. Nowa twarz Gripexu. Jak chorujesz, to po cichutku. Pełna kindersztuba. I to nic, że nie zdążysz się wykurować. Z przygotowaniem domu do świąt też może być problem. Ale spokojnie. Kto powiedział, że Boże Narodzenie trzeba obchodzić w grudniu?


 

wtorek, 26 grudnia 2017

Bo każda bombka ma swą osobowość

Świąteczny czas to również podziwianie choinek, w tym oczywiście własnej. Osobiste bożonarodzeniowe drzewko jest z całą pewnością, najmocniej brane przez nas pod lupę. To właśnie jego strojenie, skradło nam przecież całe ostatnie popołudnie. To za nie czujemy się odpowiedzialni. To nim chcemy się pochwalić przed bliskimi. Nie jest to jednak zwykła choinka. To nasza choinka, wyjątkowa i jedyna taka w całej Drodze Mlecznej. Znamy każdy jej zakamarek. Wiemy, która ozdoba wisi na ''słowo honoru'', a która żarówka pracuje tylko na ćwierć etatu. Bombki wielkości naszej głowy powiesiliśmy jak zwykle na dole. Logiczne, kwestia ich gabarytów. Figurki, które darzymy większym sentymentem otrzymały role pierwszoplanowe. Te, których pochodzenia nie znamy, zaledwie epilogi, gdzieś z tyłu. Łańcuch znów spisał się świetnie. Udało się nim zamaskować pewne niedoskonałości, jakie wybrzmiały podczas tej artystycznej uczty. Gwiazda na czubku zwieńczyła dzieło.
 
Teraz możesz wreszcie wziąć kubek z kawą z mlekiem, o idealnych twoim zdaniem proporcjach. Kęs piernika i Eden otwiera przed tobą swe wrota. Zerkasz na nią odważniej, zakochując się przy każdym spojrzeniu coraz bardziej. Duma rozpiera ci serce. I znów ta ohydna skłonność do zadumy. Skąd tyle tego w twojej głowie? Czy jest na sali jakiś lekarz?
 
Stawiają je w pierwszym rzędzie, kiedy te chcą pozostać w tyle. Bo czy każdy z nas musi błyszczeć? Czym one są do diabła? Bombkami na choince? Do licha. Część z nim, wolałaby z pewnością wcielić się w rolę tego małego aniołka, zawieszonego gdzieś na środkowej gałązce, z tyłu świątecznego drzewka. I jeśli taka jest jego wola, to tam właśnie powinien zostać umieszczony. Jeszcze większy sukces pedagogiczny odniesie ten, kto sprawi, że ci o których mowa sami wkomponują się w otoczenie. W ascetycznym spokoju lub w kreatywnym chaosie. Grunt, że wśród swoich.

Wyjdźmy teraz poza trywialne aspekty związane z tradycją świąteczną. Strasznie nie w porządku (by nie użyć bardziej dosadnego sformułowania) jest modelowanie kolejnego pokolenia mierząc swoją miarą. Jak wiadomo, bardzo często motorem napędowym takiego zabiegu są niespełnione marzenia z własnego dzieciństwa. Mogą to być również braki, czy krzywdy doznane wiele lat temu.
-  Nie miałam możliwości, by grać na skrzypcach, więc Bożence się to jak psu buda należy. 
- Zabrakło mi zaledwie kilku punktów, na egzaminie wstępnym do szkoły baletowej. Tosi nie zabraknie, już moja w tym głowa.
-  W domu nigdy nie było pieniędzy. Ojciec wolał pół litra czystej dla siebie, niż godzinny trening dla mnie. Być może niespełnionej gwiazdy futbolu. Przyjmuję zatem wszystkie fuchy, nawet te w dni świąteczne, tak by zajęcia z nożnej mojego Radka nigdy nie ominęły.

To naprawdę godne pochwały. Chęć przetarcia szlaków własnemu dziecku, by nie musiało tej dżungli pielić ręcznie. Nieraz zaczyna jednak brakować doby na to, by Krzysiu czy Beatka zdążyli schować saksofon do futerału i naciągnąć czepek lub włożyć kask hokejowy na głowę. A tu jeszcze z plecaka woła zadanie domowe. Frustracja gotowa. Kochana Mamo, wspaniały Tato, przyjrzyj się proszę swojemu Szczęściu. Po których zajęciach, na jego twarzy maluje się uśmiech taki, że widać jego siódemki? O którym trenerze ciągle papla i papla? W jakich okolicznościach zaczynają wyrastać mu małe bo małe, ale jednak skrzydła? Jeśli pozwolisz mu na niedoskonałość w pewnych sferach, szanować cię będzie o wiele mocniej. Doceniaj starania. Celebruj sukcesy. Podium w miejskim turnieju piłki ręcznej i zaledwie czwóra z matmy, są naprawdę OK!

Niech zatem delikatne ceramiczne aniołki, wiszą sobie w ustronnym miejscu, między dwiema pięknymi świerkowymi gałązkami. Renifer z przekrzywionymi rogami chciałby z kolei choć raz, nie mieć na nich  korygującej taśmy klejącej. A przebojowe bombki, mogą za to błyszczeć do woli w blasku migających świateł. Jedynie biedna gwiazda nie ma wyjścia. Czubek musi ją rokrocznie łaskotać w tym samym miejscu.

wtorek, 19 grudnia 2017

Jak kontakt z żelazkiem skraca życie

Sto lat niczego nie napisałam. A może minęły już dwa wieki? Tak czy inaczej, po traumatycznych wydarzeniach z ostatnich dni poczułam silną potrzebę naskrobania kilku zdań. W dobie tworzenia tekstów na klawiaturze komputera nawet ''naskrobanie'' staje się już lekko zużyte. Ahh... I o tym właśnie chciałabym chwilę podumać.
 
Bardzo wielu ludzi ceni sobie wynalazki teraźniejszości. Chociażby żaluzje typu dzień – noc. Super sprawa. Ładnie wyglądają. Świetnie komponują się z meblami w nowoczesnym stylu. I co najważniejsze - nie wymagają prasowania! Ta okrutna w formie czynność o niewinnej nazwie może doprowadzić człowieka do ruiny, zarówno psychicznej jak fizycznej. Po trzygodzinnym staniu przy desce (której marzenie o serfowaniu nie spełniło się) i wielu godzinach ataków na uparcie powracające zagniecenia, kręgosłup woła o masaż a psychika o terapeutę. Tak na prawdę, sprawa zaczyna się mocno komplikować gdzieś w okolicy szóstego metra bieżącego. Im dalej w las, tym bardziej sprawy wymykają się spod kontroli. Słownik wulgaryzmów zostaje bezpowrotnie wykorzystany. Nawet Szekspir - gdyby żył, widząc to miałby niezłe pole do popisu... jeśli idzie o dramaty.

Jednak gdy upartość przeważa nad mieszanką łez i potu, masz szasnę na ukończenie dzieła jeszcze w tym roku. Teraz wystarczy tylko odprowadzić zupełnie krew z rąk, przy akrobatycznym wieszaniu przydługawego tiulu i ''wuala''! Siadasz, przyglądasz się. Myślisz ''ładnie wyglądają''. Ładnie? Prezentują się pięknie. Cudnie wręcz. Bajecznie! Wmawiasz to sobie, bo wiesz że włożyłaś w nie połowę pokładów swej tygodniowej energii, która mogłaby spokojnie wystarczyć do wynalezienia nowego pierwiastka.
 
Kres euforii przychodzi wraz z odwróceniem głowy, gdy oczom ukazuje się wielkie białe, puszyste igloo. Sterta uniemożliwiająca ucieczkę z pomieszczenia, spokojnie wystarczyłaby na uszycie nowej kolekcji welonów do któregoś z pobliskich salonów mody ślubnej. Dlaczego zatem mimo, iż w twoim domu rokrocznie dochodzi do okołoświątecznego psioczenia nadal wieszasz te wredne welony, na tych irytująco wysoko zawieszonych drutach, w tych nielogicznie żmudnych do polerki oknach? Bo jesteś cholerną tradycjonalistką o duszy wielbiącej klasykę! A tfu.
 
Jeśli pod choinkę dostanę żelazko... Nie, spokojnie - jestem pewna, że dzieciątko nie będzie, aż tak okrutne.


czwartek, 20 kwietnia 2017

Święconka a istota edukacji


Podobno cel uświęca środki, prawda? Zatem dobrze jest pójść z wielkanocnym koszykiem celem uświęcenia i jego środka. Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Pieczołowicie zapakowałam zatem wszystkie symbole Wielkiej Nocy, jakie powinno się z sobą zabrać. Koszyk, mimo niewielkich rozmiarów był w stanie pomieścić między innymi połowę mięsnego, chleb i parę pisanek. Nie wspominając już o pasażerze, który zajął najlepsze chyba miejsce. Ale mój baran to jeszcze nic! Siedział dumny i blady, do momentu, gdy u innego katolika zobaczył nietuzinkowy symbol Świąt - ''Milky Way''. Od razu mina mu zrzedła. Zrozumiał, że taki wyjątkowy to jak widać, wcale on nie jest.
 
Ale przechodząc do sedna...ksiądz, którego cel dotyczył jak zwykle uświęcenia środka wielu wiklinowych kompozycji, zrobił na mnie nie lada wrażenie. W banalny sposób przekazał bowiem bardzo istotne kwestie. W pierwszej kolejności poprosił, by nie wysyłać mu raczej wiadomości SMS pod tytułem ''smacznego jajka'', bo te smakują mu zawsze i bez odpowiednich ku temu życzeń. Mokry dyngus również nie jest szczytem jego wielkanocnych marzeń. Duchowny poszedł jednak dalej. Te wszystkie koszykowe wnętrza ''tutaj obecne'' - jak to określił, istotne nie są. To znaczy są, ale nie aż tak jak to sobie wyobrażamy. To, czy wszystkie okna w naszych domach zostały umyte, firany wyprasowane, a dywany wytrzepane, to też jakby sprawa drugoplanowa. Banał. Niby wszyscy wiedzą. A od grudnia i tak po skończonym bożonarodzeniowym szaleństwie, wielu odlicza już dni do kolejnego trzepania dywanów. Zapominamy przy tym o istocie Wielkanocy. Więcej czasu powinniśmy poświęcić na to, by odrodzić się na nowo. Oczyścić. Być lepszym człowiekiem. Starać się.
 
 
 
Dlaczego tu o tym bazgram? Raz, że Święta już za nami, a dwa - co ma wspólnego belfer ze święconką? Zauważyłam, że sporo. Nauczyciele starają się ''wtłuc'' do głów wiele. Bardzo wiele. Mogąc zarazem bardzo... niewiele. Okoliczności powstania styczniowego są z pewnością ważne. Podobnie jak rozwiązanie równania z dwiema niewiadomymi. Ciężko też wyobrazić sobie życie bez znajomości pisowni rzeka przez ''rz'' i góra przez ''u kreskowane''. Tym bardziej, gdy mówimy o poziomie szkoły podstawowej. Ten etap edukacji, szczególnie duży nacisk powinien kłaść na przekazanie możliwie wszystkich podstaw wiedzy. Zdając sobie jednak sprawę z faktu, że jest to po prostu nie-moż-li-we, może warto byłoby skupić się na istocie szkoły?
 
Systemie edukacji, tak - do Ciebie mówię! W ciągu sześciu, a niebawem ośmiu lat trudno jest przekazać całą podstawową wiedzę z wszystkich dziedzin nauki. Jeśli czas pozwoli już ją przewałkować, to z pewnością osiemdziesiąt procent z niej stanie się po miesiącach, czy latach już tylko... wspomnieniem. Apeluję zatem - pozwól nam skupić się na podstawach podstaw. W głowie i nie tylko w niej, nie mieści się bowiem to, jak można opuścić podstawówkę bez znajomości dni tygodnia, miesięcy, tabliczki mnożenia, czy alfabetu. Umiejętność pisania i czytania przede wszystkim! W tym czytania ze zrozumieniem do jasnej cholery! Korzystanie z Internetu i innych źródeł wiedzy - po drugie! Radzenie sobie ze stresem - trzy! Przezwyciężanie trudności - cztery! Piątka powinna być tak na prawdę numerem jeden - bycie przyzwoitym, samodzielnym, myślącym, wartościowym człowiekiem. Znającym swe mocne strony, ale zdającym sobie też sprawę z posiadanych ograniczeń.

Nie zmuszaj nas do pisania sprawozdań ze sprawozdań, prowadzenia statystyk i wypełniania dokumentów, które posłużyć mogą później tylko jako podkładka pod chwiejące się meble. Nie zabieraj nam czasu i energii konstruowaniem coraz bardziej wymyślnych tabeli do wypełnienia. To godziny, dni, miesiące i wreszcie lata,  kiedy powinniśmy być blisko ucznia. Pozwól nam skupić się na istocie edukacji - na Nim. By na naszych oczach mógł stawać się lepszym Człowiekiem.
 
Z poważaniem,
Niezły Belfer

P.S. W rolę belfera wcielił się niezły wikary, za to co serdeczne Bóg zapłać. Tak święcenie jajek jak i otwieranie oczu - tylko u Niego.

wtorek, 11 kwietnia 2017

(Nie)zły Belfer jako fest poliglota

Języki obce to jednak podstawa w wielu dziedzinach naszego życia. Wyjeżdżając przykładowo na wakacje, mogą pomóc w negocjacjach przy zmianie pokoju z piwnicy na ciut wyższy standard. Z kolei pracując jako barman na hasło ''orange'' podamy właściwy sok, a nie doładowanie za pięć złotych. Podobnych przykładów można by mnożyć i mnożyć. Jak to ma się jednak do szerzących kaganek oświaty? Wiadomym jest, że dla nauczycieli języków obcych znajomość więcej niż stu słówek jest raczej wskazana. Ale czy dla pozostałych belfrów też? A jakże!

 
 
Mieszkając gdzie mieszkamy, bez wątpienia należy znać podstawy gwary śląskiej. W komfortowej sytuacji są ci, który urodzili się tutaj, wychowali, zespajając niejako z tym językiem. Nie mają oporów w stosowaniu go, wyrażaniu nim radości, gniewu, zaskoczenia itd. Potrafią operować nim na klachach przy kawie, w łosprawianiu bez telefon, a jak trzeba to i w mięsnym kupując krupnioki. Gdy sytuacja tego wymaga bez problemu przełączają się jednak ponownie na tryb ''ojczyzna polszczyzna''.
 
Nie zdawałam sobie sprawy, że ta nabyta przy okazji codziennego oddychania umiejętność, pomoże mi kiedyś nie tyle w zdobyciu pracy, lecz jej utrzymaniu. Tak, dokładnie tak. Śląskie bajtle od razu chcą belfra zweryfikować. Możesz być jednym z nich, albo z równoległej rzeczywistości. Ten inny świat znajduje się za sławetną ''rzeką''.
 
Przypomina mi się tu od razu sytuacja z pierwszych tygodni w szkole, kiedy to w trakcie zajęć uczniowie poproszeni zostali o narysowanie trójkąta. Niby nic trudnego, a jednak...Po chwili usłyszałam, że jednemu z nich przytrafiła się nieprawdopodobna historia: ''Pani, jo rysowoł trójkąt, a wyszoł mi bigiel!''. Dzięki Bogu wpadł mi do głowy od razu pomysł na wyjście z tej ''beznadziejnie trudnej sytuacji''. Zaproponowałam mu ''To narysuj tera na nim jakla, a wszystko bydzie grało''.
 
Próba przed którą mnie postawił, została w mojej ocenie zaliczona pomyślnie. Tym większy był to sukces, że nie był to ''zwykły bajtel''. W całej szkole to jego nazwisko było w trójce tych najczęściej powielanych. Z przyczyn raczej wiadomych. Nasze relacje i coś na kształt wyrabiania nawyków społecznie akceptowalnych mimo, że były trudne - to miały w sobie  f e s t  fajny śląski wymiar.
 
Po latach stwierdzam, że... tyn cały bigiel jest do trójkąta richtig podobny.



***
klachy - pogaduchy
łosprawianie bez telefon - rozmowa telefoniczna
krupnioki - kaszanka
bajtle - dzieci
wyszoł - wyszedł
bigiel - wieszak
tera - teraz
jakla - kurtka
bydzie - będzie
richtig - na prawdę
pra - prawda
fest - ...za dużo, by tłumaczyć :)




piątek, 7 kwietnia 2017

Raj, hałas i cierpiący pęcherz, czyli dlaczego szkolna przerwa nie jedno ma imię


Jak to rzeczywiście punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. A dokładniej chodzenia. Lata wstecz (chodząc do szkoły  jako nieletni) przerwę traktowało się niczym...wybawienie! Nie bójmy się tego stwierdzenia. Prawdziwy raj na ziemi! Coś lepszego nawet niż podwójna wieczorynka, czy gałka lodów truskawkowych dodana przez panią ekspedientkę extra.

Mimo, że nauczyciele gdzieś się przewijali, można było robić wszystko, o czym się tylko zamarzyło. No wiadomo, prócz obijania czyjejś facjaty - nawet w słusznej sprawie. A nie mając tabletów, czy smartfonów, marzyło się o rzeczach banalnie pięknych.  Przepis na przerwę dziewcząt wyglądał mniej więcej: guma do skakania plus wierne współtowarzyszki zawsze zwarte i gotowe. Na przegadanie jej od pierwszej do ostatniej sekundy - również. Nawet, gdy chłopaki trochę przeszkadzali, nie było to wcale takie złe.


Pełna testosteronu wersja raju była z kolei tą zakazaną. Spuszczenie komuś łomotu nie było zbytnio aprobowane. Swój nadmiar wigoru chłopcy musieli wyładowywać zatem w inny sposób. A jak nie robić tego łatwiej i przyjemniej niż przez maltretowanie płci przeciwnej? Narzędzie stanowił często znany ''berek''. Wiadomo było z góry, jaką rolę pełnić będą oni, a jaką dziewuchy. Nawet bez zgody tych drugich. Ale co by się WTEDY nie działo, miało swój urok. Magia jakaś?

A TERAZ? Matko Boska Częstochowska... Nie ciemno, nie zimno, a wilki jakieś. Wyją, piszczą. Łeb ma pęknąć. Gdyby nie fakt posiadania czaszki, mogłoby faktycznie do tego dojść. Dziesięciominutowa daje jeszcze szanse przeżycia. Ale obiadówka? Kryj się kto może! A pęcherz? No właśnie! W tym miejscu wszyscy zawsze tylko o biednej głowie... a co z pęcherzem? Piramida potrzeb Maslowa mówi wprost: najważniejsze są potrzeby fizjologiczne! Nie bez powodu znajdują się przecież u samych jej podstaw. A tu proszę walczymy z naturą. Lekcja - dyżur - lekcja - dyżur - lekcja-dyżur. Wytłumacz mu teraz, że ma Ci dać święty spokój. I nie biadolić jak to bardzo stęsknił się za swoją ukochaną z inicjałami WC.

Są jednak na świecie i osoby wykonujące normalną pracę biurową. Epitet normalna nie został tutaj użyty przypadkowo. Mają oni przecież ten przywilej, iż zawsze mogą powiedzieć: ''Drogie pismo siedź tu proszę grzecznie, zaraz wracam''. I faktycznie po powrocie jest dokładnie tam gdzie było. W haśle, że papier jest cierpliwy jest chyba sporo prawdy.

 A teraz spróbujmy zastąpić wyraz ''pismo'' - ''dzieckiem''. Po relaksującej przerwie przychodzi czas na lekcję, która przecież również jest odpoczynkiem samym w sobie. Hipotetycznie wychodząc z zajęć  (na co i tak nie pozwalają przepisy) za potrzebą wyższego rzędu, i po powrocie do sali - na milion procent czeka nas zawał serca i to w dodatku bez szansy na zgon. Co może do niego prowadzić?  Przykładowo nowe zjawiska, jak chociażby  tęczowa plama na ścianie, dotąd nieujawniająca się w tym miejscu. Zmniejszona ilość krzeseł i ich konfiguracja, z czego dwie sztuki zmieniły być może swoje miejsce urzędowania... o jakieś dwa piętra. Tablica zawieszona w całkiem innowacyjny sposób nogami do góry, w poprzek, a może wspak. Czy wreszcie widelec pochodzący ze szkolnej stołówki, który jakimś cudem widnieje teraz jako ozdoba jednego z gniazdek, powodując przy okazji wybicie korków w całym budynku.

Tyle zagrożeń w kontekście jednego spuszczenia wody w muszli klozetowej? Nie opłaca się. Trzeba więc TO chyba przełożyć na później.




niedziela, 2 kwietnia 2017

Prima Aprilis z tablicą w tle

Jakim prawem w tym roku, dzień w którym legalnie można robić sobie jaja wypadł w sobotę? No ja się pytam jakim prawem?! Pech jakich mało. A mogło być tak pięknie... jak rok temu chociażby, kiedy udało mi się wkręcić pięć klas po kolei. Mając tylko jeden niewinny żart w rękawie.

 
Jak Boga kocham, nie planowałam tego. Szczerze mówiąc nawet zapomniałam o tym całym Prima Aprilis. Przypomniało mi się. No może nie samo, a z dwudziestką nieletnich, którzy właśnie wkroczyli do sali. Instynkt podpowiedział mi wtedy, że muszę być w tej kwestii po prostu wiarygodna i szybsza od nich.
 
Przemówiłam zatem ludzkim głosem, który specjalnie przybrał ton poważniejszy niż zwykle, z lekką nutą smutku. Audytorium poinformowane zostało o fakcie, iż Pani Dyrektor wysyła mnie niestety w delegację.
 
- ''Zapowiada się na to, że wyjazd będzie dosyć długi. Jadę na drugi koniec Polski. Tym samym nie wchodzi w grę sytuacja, iż  przez ten czas nie będziecie mieli lekcji'' – powiedziałam.
 
Kolejne informacje jakie otrzymali, to już tylko ciąg dalszy małego kłamstewka z tablicą w tle.
 
- ''Z uwagi na fakt, iż nie będzie miał mnie kto zastąpić – będziecie zmuszeni na te raptem kilka godzin w tygodniu uczęszczać do innej szkoły.'' 
 
Reakcje były najdziwniejsze. Od niedowierzania, przez złość po dodatkowe pytania ''dlaczego?'' , ''ale jak to?'', ''kiedy Pani wraca?''  Klasa dowiedziała się, że chodzi o tę szkołę przy dużym skrzyżowaniu, oddaloną o bagatela pięć kilometrów. Większość nie mówiła nic, tylko oczy jakby miała większe, coś a'la wilk z Kapturka. Ci mocno stąpający po ziemi, ale chyba nie dość mocno, skoro dali się nabić w butelkę – dopytywali o szczegóły: kiedy i jak będą tam przechodzić, co z plecakami i ocenami. Musiałam brnąć dalej. Nie pozostawili mi wyjścia.
 
- ''Mój wyjazd nie może dezorganizować pracy całej szkoły, a co za tym idzie również i Waszego planu. Będziecie musieli więc biec ile sił w nogach, by w czasie przerwy dotrzeć tam przed dzwonkiem.''
 
Tego jak zauważyłam, było już  dla nich chyba za wiele. Niektórym dziwnie zaszkliły się oczy. Podejrzewałam, że musi chodzić o to, iż nie są chyba najlepsi w biegach. Martwią się po prostu tym, jak podołają nowemu sportowemu wyzwaniu. Nie miałam serca, ale musiałam wspomnieć również o fakcie, że po zajęciach muszą równie szybko wracać do naszej szkoły. Mają później przecież jeszcze inne lekcje.
 
Nie mam bladego pojęcia jak to możliwe, ale nikt w tej klasie, ani w kolejnych czterech, nie wykrył w tym żadnego podstępu. Nawet okruszka? Skoro detektywi tego kalibru są przyszłością narodu - nasze dni są policzone.
 
 
Myślałam, że pęknę wcześniej, ale prawdę ujawniłam dopiero przed dzwonkiem. Byłam z siebie dumna niczym indyk, który przeżył święto dziękczynienia. Dobrze, że morderstwo belfra jest karalne.

Jutro trzeci kwietnia, ale dlaczego nie miałby być jak pierwszy? :)