czwartek, 11 kwietnia 2019

W kotle strajku. Kurtyna w górę.

Czwarty dzień strajku. To i przemyśleń przybyło. Przede wszystkim coraz mocniej czujesz się jak marionetka. Nie wiedzieć kiedy do twoich rąk przeczepione zostały sznurki. I teraz tylko ktoś sprytnie za nie pociąga. Ci którzy rządzą tym światem to prawdziwi geniusze. Tak, geniusze! Jak inaczej nazwać kogoś, kto tak sprytnie to wszystko urządził? Cały naród skłócony do granic możliwości. Każdy staje po jednej ze stron, bo trzeba, bo wypada. A może by tak spojrzeć na to całościowo? Obiektywnie?



W sytuacji takiej jak ta, nie ma i nie będzie zwycięzców. Chaos jaki aktualnie nam zaserwowano, z pewnością nie niesie z sobą nic dobrego. Społeczeństwo jednak nie powinno winić za to nauczycieli. Jak mieliśmy się bowiem zachować? Nadstawiać drugi policzek można długo, ale nie do końca życia. Ile można twierdzić, że pada deszcz podczas gdy ktoś pluje ci w twarz? Zostaliśmy wepchnięci w ten konflikt, podobnie jak Wy drodzy Rodzice, Uczniowie i reszto Narodu. 

Nauczyciele jako grupa zawodowa muszą i powinni trzymać się teraz razem, bo co niby innego nam pozostało? To jedyny moment, aby maksymalnie się zjednoczyć i być dla siebie grupą wsparcia. Podobno z każdej tragedii można wynieść coś pozytywnego. Zróbmy to zatem!

Na koniec wyobraźmy sobie rozmowę NB z jakimkolwiek mediami.

Dziennikarz: Co w aktualnej sytuacji jako nauczyciela, wkurza cię najbardziej?

NB: Po pierwsze, to to że zawód który wybrałem jest degradowany coraz bardziej. Jako nauczyciel, upadek oświaty obserwuję niemal każdego dnia pracy. Teraz jednak zauważyć możemy apogeum tego upadku. Strasznie to smutne. Potwornie irytuje mnie też fakt, iż jako społeczeństwo nie podchodzimy do spraw ideowo. Zachowanie Polaków kojarzy mi się z zachowaniem psychofanów piłki nożnej. Oni podobnie ''wierzą'' w swój klub do tego stopnia, że są w stanie obić mordę komuś, kto kibicuje drużynie przeciwnej. 

Dziennikarz: Ciekawa analogia. Czy mógłbyś rozwinąć swoje zdanie?

NB: Oczywiście. Moim zdaniem zgubne jest zgadzanie się z wszystkim co partia w którą ''wierzę'' serwuje społeczeństwu. Zgadzam się z aborcją bo moja ukochana partia jest za tym. Opluwam księży bo moja partia ich opluwa. Wspieram Radio Maryja, bo to normalne po mojej, lepszej stronie barykady. Uważam, że gender jest super, bo chcę być modny tak jak modna UE.  Wreszcie, potępiam nauczycieli bo tak każe moja partia przy pomocy TVP, wspieram nauczycieli bo to lansuje TVN. W identyczny sposób działają przecież sekty.  Idziesz ślepo w coś tylko dlatego, że guru sekty tak mówi. Oddajesz jej swój czas, swoją energię, często i swój majątek. 

Dziennikarz: Yyy..rozumiem...Dziękuję za rozmowę.

NB: Cała przyjemność po mojej stronie. 

* wywiad niestety nigdy i nigdzie się nie ukazał :)

Liczący na zrozumienie społeczne,
Niezły Belfer

poniedziałek, 8 kwietnia 2019

Gotowi. Do strajku. Start.

S trajkować może każdy. Każdy kto czuje, że jest poniżany, dyskryminowany, niegodnie wynagradzany, źle traktowany, czy po prostu niedoceniany, lub ktoś kogo prawa ewidentnie są łamane. Strajkować może pielęgniarka, policjant, taksówkarz, a nawet własna żona. W tym ostatnim przypadku skutkować to będzie głodówką, tylko że nie jej a męża:) A całkiem na poważnie...strajkować może wreszcie i belfer. Nawet on może kiedyś powiedzieć ''dość''. Dasz wiarę?


T rudny to temat, oj trudny. Jadąc rano do pracy co widzisz? To samo miasto, a jakby obumarłe? Dzieciaki nie maszerują z tornistrami. Nie ma też korków spowodowanych przez rodziców odwożących dzieciaki, które nie maszerują z tornistrami. Sytuacja diametralnie zmienia się jednak popołudniem, kiedy to widzisz przebudzenie miasta w postaci mam lub ojców z dziećmi. Z własnymi dziećmi! Spacerujących, robiących razem zakupy, a  nawet rozmawiających! Największym hitem są zaś całe rodziny udające się na wspólny obiad i to nie w sobotę, a przypomnijmy - na początku tygodnia. Piękny obrazek. Szkoda tylko, że musiało dojść do tak chorej sytuacji w kraju. Jeśli protest utrzyma się chociaż do końca tygodnia, może to spowodować uzdrowienie wielu relacji rodzinnych. Wiele dzieciaków miało też możliwość zobaczenia pracy swoich rodziców od kuchni. Spędzili z sobą bowiem cały dzień. I jak tu nie wierzyć, że z wszystkiego co złe, może wyniknąć czasem coś dobrego...

R acja jak zwykle leży gdzieś pośrodku. Z pewnością mają ją bohaterowie pierwszoplanowi. Jak bowiem mają czuć się ludzie, każdego dnia wpływający na przyszłe pokolenia, nie będąc w ogóle szanowanymi? Wyliczanie im wciąż i wciąż ile godzin pracują, a ile (zdaniem Pani Krysi spod piątki, i Kowalskiego z naprzeciwka) powinni, porównywanie ich pracy do pracy pań z Biedronki czy wyzysku w bezlitosnej ponoć korporacji. Przy jednoczesnym nie braniu pod uwagę godzin niewidocznych. Sprawdzian zrobisz w ramach pensum w szkole, ale sprawdzić musisz go we własnej: a) w kuchni, b) łazience, c) innym pomieszczeniu domowym, lub oczywiście na terenie szkoły, w sławetnym pokoju belfrów. Tak czy inaczej, jest to czas ponad twoje pensum, o którym ostatnio chyba najgłośniej. I nie jest to jeden sprawdzian a trzydzieści, w ramach jednej klasy rzecz jasna. Co nie zajmuje kilka minut, a nieraz kilka godzin. Wszystko to razy liczba  klas. I cały czas mówimy o przeprowadzeniu jednego testu. A rok szkolny jest dłuuuugi. Materiału jest przecież ponoć tak duuużo. Wszyscy uczęszczający niegdyś na lekcje matematyki, są z całą pewnością w stanie to sobie przeliczyć. Brnąc dalej w malkontenctwo (które masz nadzieję, że po tym poście porzucisz raz na zawsze) skupmy się na innych czynnościach związanych z pracą, a również będących poza pensum. A jest ich w trzy... i trochę. Nawet pobluzgać sobie dobrze nie możesz. Ahh ta etyka zawodowa. Nie będziesz ich tu nawet wymieniał, bo jest to co najmniej uwłaczające. Albo nie - wymienisz! Tylko krowa nie zmienia swojego zdania, prawda? Wywiadówki, konferencje, szkolenia, wyjścia klasowe, wycieczki nawet kilkudniowe, zielone szkoły, telefony od rodziców w piątki, świątki i niedzielę o porze niemal każdej, bale, dyskoteki, koła zainteresowań, konkursy. A i dokształcać się trzeba.  Nie wiesz tylko co gorsze, poświęcanie swoich weekendów przez kolejnych kilka lat, czy może wydanie własnych pieniędzy przeznaczonych pierwotnie na nową kuchnię, wczasy czy choćby nawet złote majtki. Mało tego, wyliczenia ile rzeczywiście nauczyciel pracuje, są dostępne w sieci. Nie trzeba zawracać sobie głowy przeliczaniem o którym mowa powyżej. Jednakże nawet to, nie przekonuje rodziców Brajanka i Dżesiki.  Szanowni Państwo, zauważanie tylko i wyłącznie profitów danej działalności, jest bardzo zgubne. A jeśli macie rację mówiąc, że istnieje we wszechświecie zawód idealny, pytanie jest następujące: jakim cudem nie wykonuje go sto procent społeczeństwa?! Rację mają też oczywiście rodzice, którzy nie bazując tylko na przyjmowaniu zasiłków 500+ na dziecko, jego buty, podręczniki, czy zakup całkiem nowej krowy, podejmują jednak pracę zarobkową i najzwyczajniej w świecie, na czas strajku nie mają co zrobić ze swoją pociechą. To realny problem, szczególnie w gminach, które nijak sytuacji tej nie próbują załagodzić. Ci sami też rodzice czuję z pewnością obawy wobec niedalekich egzaminów, mających wpływ na przyszłość ich dzieci, czy chociażby wobec zwykłej kontynuacji nauki do końca bieżącego roku szkolnego. Są to w pełni uzasadnione obawy. Co do krzywdy dzieci, o której tak głośno, twoje uczucia są mieszane. Widząc rozpromienione twarze dzieciaków mijanych dzisiaj w drodze powrotnej z pracy, trudno mówić o jakiejś krzywdzie. Zdajesz sobie jednak sprawę, że istnieje i taka część uczniów, którym rzeczywiście na nauce zależy i z tych przymusowych wagarów nie są zadowoleni. Kto ma jednak pomysł, jak mógłby odbyć się strajk w oświacie bez ofiar, niech pierwszy rzuci kamieniem.

A tmosfera w pracy iście wymarzona. Jeśli można oczywiście wymarzyć sobie atmosferę w czasie protestu. Przekraczając próg szkoły podpisujesz się na czarnej liście. Zaraz potem otrzymujesz emblemat, który przez kilka kolejnych godzin będzie zdobił twoją pierś. Czuć ducha walki, a co najważniejsze solidarności. Widać i słychać, że nie chodzi tu tylko o pieniądze. Po dość specyficznych obradach przy nieokrągłym stole, opuszczasz budynek szkoły niczym bohater. Podniecenie sięga zenitu. Kij z tym, że w tym miesiącu zęby wylądują w ścianie, a nie w pysznym jedzeniu zakupionym dotąd za zarobione pieniądze. Nie samym chlebem człowiek żyje, prawda? To, co wydało ci się jednak bardzo przygnębiające, to fakt iż społeczeństwo znów dało się podzielić. Nie możesz wypowiadać się za innych rzecz jasna, ty jednak - kibicujesz wszystkim, dosłownie wszystkim grupom zawodowym. Nawet jeśli protestować będą białe ftu kitle. Im również będziesz kibicował, bo wiesz że jest to warunek konieczny, aby w przyszłości miał cię kto leczyć. Mało tego, aby chciało się temu komuś ciebie leczyć! A i zadowolone ze swej pracy panie ekspedientki umilić mogą niejedne zakupy.

J aja na patyku... to mało powiedziane. Jak inaczej nazwać cyrk, gdzie nauczyciele są narzędziami w rękach polityków, którzy są z kolei są narzędziami w rękach...możnowładców tego świata, tak ich nazwijmy. Warto wyłączyć TV i otworzyć oczy.

K ończąc wypociny związane z pierwszym dniem strajku, pragniesz podkreślić dwie kwestie. Po pierwsze, wraz z nim przyszła i wena. Po drugie, mimo iż z pewnością nie żyjesz w zdrowym na umyśle kraju, to kochasz go i chcesz dla niego jak najlepiej. Czyżby był to toksyczny związek? c.d.n.

piątek, 5 kwietnia 2019

Patrzeć nie znaczy widzieć


W związku z ostatnimi bardzo trudnymi wydarzeniami w twoim życiu, zaczynasz baczniej zwracać uwagę na znaki jakie Bóg, opatrzność tudzież los, zażarcie ci podsyła. Jeszcze do niedawna prawdopodobnie obojętnie podeszłabyś do nagłego widoku promieni słońca w zupełnie pochmurny dzień. Gdy niebo to rozbłysło się tylko na kilkadziesiąt sekund. I to właśnie wtedy, gdy całkiem możliwe, że dokopałaś się wizji tego, jak twoje życie może być urządzone. To się nazywa olśnienie…


Podobnie sytuacja ma się z bezrefleksyjnym otwieraniem szafy. I ten proceder musiał kiedyś znaleźć swój kres. Nie prowadząc numeracji poszczególnych klamorów, alfabetycznego spisu segregatorów, ani nawet najprostszego racjonalnego porządku, nie trudno o to by co jakiś czas, jeden z jej mieszkańców chciał z niej zbiec. Jednak w chwili gdy jest nim kartonik z okresu rekolekcji w czasach liceum, z modlitwą w intencji która wpasowuje się w twoje tu i teraz – wiesz, że bezmyślne używanie podstawowych sprzętów w domu skończyło się bezpowrotnie.
To, że bazgrasz o swoich ostatnich spostrzeżeniach właśnie dzisiaj, w czasie który twoim zdaniem absolutnie nie jest ku temu najlepszy, również nie jest dziełem przypadku. Mimo, iż zamykałaś dzisiaj komputer kilkukrotnie, łącznie z wcześniejszym zapisaniem wszystkich otwartych elementów, program Word (najupierdliwszy z rodziny Office) ponownie podesłał ci pusty dokument. Cóż innego zatem pozostało ci jak tylko zakasać rękawy i spróbować wypocić te kilka chociaż zdań? Zrobiłaś to głównie z obawy, że jeśli los uparłby się, że koniecznie masz wrócić do pisania, w kolejnym kroku pewnie posunąłby się do bardziej radykalnych sposobów. A o tym, jako osoba z kartą stałego klienta na urazówce, wiesz najlepiej. I tak pewnie zostałabyś bohaterką jednego z czasopism kobiecych, w artykule pt. "Laptop spadł jej na głowę podczas snu." Tym sposobem pomimo problemów z formułowaniem myśli ostatnimi czasy, jeszcze większymi trudnościami w skupieniu uwagi na czymkolwiek, szlaki w blogowaniu znów zostały przetarte. Wspaniale!
W tej dosłownie chwili, z losowo dobranej playlisty dobiegają słowa:
Ile deszczu musi spaść, by brat, oczyścić ziemię?
Ile wersów musisz znać, by raz spojrzeć na siebie?
Ile grzechów kusi nas, by świat spełnił marzenie?
Ile szczęścia może dać jedna chmura na niebie?
Trudno byłoby o lepszą puentę. Dzięki O.S.T.R.

sobota, 26 stycznia 2019

W szponach mafii


Myślałaś, że to będzie trwało wiecznie. A tu trzy tygodnie minęły jak z bicza strzelił. Wszystko co dobre szybko się kończy. Ale od początku... namiary na pośrednika ruchomości lub inaczej dilera dostałaś od znajomego. Na mieście mówią na niego ''doktorek''. Porządny gość, mimo że pracuje dla mafii medycznej. Ta ściśle współpracuje z kolejnym podgangiem - farmaceutycznym. I to właśnie do ich siedziby, udałaś się na wielkim głodzie.  Odczuwałaś go jak najprawdziwszy ból. Zależało Ci na szybkim sfinalizowaniu transakcji. Półtorej stówy za dwadzieścia działek. Dobra cena, pomyślałaś. Szara strefa, a wystawia faktury? Dziwne!



Po powrocie do domu, tak szybko ściągałaś buty, że zapomniałaś o obecnej w twoim życiu kontuzji. Jak najszybciej chciałaś zapoznać się z jakością towaru. O pomoc poprosiłaś swojego ukochanego. Co jak co, ale samemu to strach wbić pierwszą w życiu igłę. Zdecydowanie lepiej poprosić o to zaufaną osobę. Tak przynajmniej myślałaś. Tym sposobem, wciągnięty w proceder został twój osobisty mąż. Nie zastanawiając się długo, dźgnął cię tak szybko, że nie zdążyłaś nawet kwiknąć. Piekący ból utrzymywał się przez około cztery godziny. Będąc pewną, że to norma (nigdy wcześniej nie przyjmowałaś tego specyfiku) nie narzekałaś. Powtarzałaś sobie w myślach: pocierpię, a radość i euforia przyjdzie pewnie lada chwila. Zamiast niej pojawił się jednak ogromny guz i jeszcze większy siniak. Z każdym kolejnym dniem był coraz bardziej interesujący. Wszystkie kolory tęczy. Ładniutki, naprawdę. 



Wiedząc o tym, że małżonek nadaje się do podawania  prawie-narkotyków, tak jak ty do gotowania sznycli po wiedeńsku, postanowiłaś wziąć sprawy w swoje ręce. Dosłownie. Wybiła godzina zero. Wyciągnęłaś więc drugą dawkę, szczelnie do tej pory zamkniętą w opakowaniu. Ręce trzęsły ci się tak, jakbyś od wielu, wielu lat była miłośnikiem niskoprocentowych napojów wyskokowych. A to przecież zupełnie nie tak! Po odmówieniu dziesiątki różańca postanowiłaś w końcu dokonać samego aktu wkłucia. Brzuch był w szoku, ale nawet nie pisnął. Akcja trwała około dziesięciu minut. Prawie kwadrans, a wczorajsze trzy sekundy, to diametralna różnica. Galaretowate ręce jeszcze długo dochodziły do siebie. Ale śladu żadnego! I tak właśnie odkryłaś w sobie talent. Po około tygodniu koleżanka zapytała nawet, cię dajesz już zastrzyki sąsiadkom. Ha! Wieści szybko się rozchodzą. 



Najbardziej zdumiewające jest to, że dotąd nie mogłaś na strzykawkę nawet patrzeć. Pobieranie krwi zawsze wiązało się z koniecznością przekręcania głowy niczym sowa. A tu proszę. Jak mus to mus. Mało tego, stało się to nawet przyjemnym nałogiem. Teraz czegoś ci brakuje, ewidentnie. A po uśmierzającej ból substancji ani śladu. Nie pozostaje nic innego jak znów odwiedzić doktorka lub przejść na odwyk.

niedziela, 20 stycznia 2019

Cyrk na kółkach, czyli belfer u lekarza


Historia lubi się powtarzać. Kiedyś ''piątek, piąteczek, piątunio''. Dzisiaj po raz kolejny - piątaczysko. Szerzej o ewolucji tego dnia tygodnia już pisałaś, nie ma sensu się zatem powtarzać. Przejdźmy od razu do samej sytuacji, całkiem świeżej, choć ciężkostrawnej.

Myślałaś, że nic już nie jest w stanie cię zdziwić, jeśli chodzi o walkę pacjenta z lekarzem. A jednak. Mądrze prawi ten, kto twierdzi, że nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej. Otóż ogłaszasz wszem i wobec: tak, zawsze może być gorzej! Nie twierdzisz, że nauczyciele są całkiem zdrową grupą zawodową. Ale statystyczny belfer, przy statystycznym białym kitlu, to ''mały Kazio''. Słowo harcerza.

Piątek wieczór, a ty znów przygotowujesz swoje bliźniaczki na wielkie wyjście. Dzisiaj czeka was bowiem sesja fotograficzna, i to nie byle jaka. Zdjęcia wykonywać ma jakiś medyczny James Bond, używając w tym celu specjalistycznego mikroskopu. Wahasz się, czy twoja żaróweczka jest godna, na spotkanie twarzą w palec, z tak znakomitą personą.

Badanie kapilaroskopii, bo o nim mowa, to w świecie medycznym tak rzadka kwestia, że wykonują ją tylko prawdziwi fachowcy. Jedynym miejscem, gdzie udało ci się umówić, był gabinet oddalony od twojego miejsca zamieszkania o jakieś 40 km, co w dwie strony daje już 80 km. Żałujesz, że nie szukałaś w przychodniach krakowskich, może nawet warszawskich. 200 kilosów w tę czy w tę, nie zrobiłoby już różnicy. Wizyta na dwudziestą. Szok w trampkach, ale udało ci się ubłagać powieki aby nie opadały. Po bardzo długim i wymagającym z punktu widzenia oświaty tygodniu, siła grawitacji działała na nie jakby mocniej. Podobnie z ukochanym, z którym kilka lat zderzyłaś się, dziwnym trafem - przed ołtarzem. I jego bowiem ubłagałaś, aby po czternastu godzinach pracy, dostarczył cię w umówione telefonicznie miejsce.

Gdy na zewnątrz ''ciemno, zimno, wilki jakieś'', jesteście już w bolidzie. Mkniecie przez trzy miasta i pięć wsi. Po dotarciu na miejsce okazuje się, że w bliskiej odległości od gabinetu, nie ma ani jednego wolnego miejsca. Postanawiacie pokręcić się jeszcze po okolicy. Fakt występowania wyłącznie ulic jednokierunkowych zmusza was do pokonania kolejnych 10 km, po samym już osiedlu. Po ponownym dojechaniu do obszaru X, waszym oczom ukazuje się luka parkingowa. Radości nie ma końca! Wychodzicie i ile sił w waszych trzech zdrowych nogach, zasuwacie do poradni.

Po opuszczeniu gabinetu przez innego pacjenta, masz możliwość przyjrzeć się swojemu wybawcy, a dokładniej mizernemu doktorzynie, który z niego wypełzł. Na pierwszy rzut oka, bałabyś się powierzyć mu swoją fryzurę, a co dopiero... Myślisz jednak, ''nie oceniaj kitla po kitlu, daj mu szansę, kobieto!''. Nieco zrezygnowała, po usłyszeniu swojego imienia (bo jak wiadomo RODO strzeże twego tajnego nazwiska) postanawiasz jednak spróbować. Wchodzisz w to.

Dobry kwadrans opowiadasz, co cię sprowadza. Co ci się stało, jak i kiedy do tego doszło. Przedstawiasz również zgromadzoną na ten temat makulaturę. Kiedy do absolwenta studiów medycznych, dociera że konieczne będzie wykonanie kapilaroskopii (na którą od samego początku byłaś zapisana) zaczyna gorączkowo szukać sprzętu, który ją umożliwi. Kręci się wokół własnej osi, poci, wyciera czoło, i znów te obroty. Początkowo myślisz, że to żart, chce cię pewnie odstresować przed samym badaniem. Kiedy po dwudziestu minutach prosi o pomoc niewiastę z rejestracji, orientujesz się, że ma to tyle wspólnego z żartem, co stuprocentowy sok za dwa złote z owocami.



Tak szybkiej diagnozy się nie spodziewałaś.  Brzmiała ona - ''kapilaroskop znikł, przepadł.'' Gdyby nie twoje silne postanowienie noworocznie, zakazujące ci denerwować się ludźmi z pustą przestrzenią na mózg, gabinet w którym właśnie przebywasz, mógłby ulec lekkiemu przemeblowaniu. Dbając o swe zdrowie, a w zasadzie jego resztki, postanawiasz  pospiesznie opuścić ten cyrk, którego sam Monty Python, by się nie powstydził. Do doktorka na odchodne rzucasz tylko, że chyba sobie robi jaja, po tym jak jego zaawansowana tupetoza zaoferowała ci na dokładkę, by zaczekać jeszcze ''pół godzinki'', a sprzęt na pewno się znajdzie. Uwierzyłaś w to. Zupełnie jak w emeryturę z ZUS. 

piątek, 11 stycznia 2019

Piątkowa impreza z siostrą


Większości osób, piątek kojarzy się bardzo dobrze. Nic dziwnego. Jak wiadomo, dzieją się wtedy rzeczy bardzo przyjemne. To dzień spotkań ze znajomymi w miejscach, gdzie już sama atmosfera działa jak relanium po stukilowym tygodniu. Oczywiście ten przykład, zaczerpnięty został z czasów twojej młodości. Teraz piątkowy wieczór kojarzy ci się raczej, z paczką popcornu i głupim serialem. Co nie zmienia faktu, że nadal jest to jak plaster miodu na twe serce. 



Jednak ostatnimi czasy, piątek mocno zmienił karnację. Przybiera teraz barwę czarną. I nie chodzi tu o kupowanie zbędnych bubli po zaniżonych niby cenach, w ilościach iście amerykańskich. Bo stąd właśnie to dziadostwo do nas przylazło. Większość piątków to twoje spotkania ze służbą zdrowia, twarzą w twarz. Ot, co! Białe kitle, czarny piątek. Horror jak ta lala, straszniejszy nawet niż kultowa Chucky. 

W tym tygodniu doskonale zdawałaś sobie sprawę z kilku kwestii. Mianowicie, od dłuższego czasu wiedziałaś, że to właśnie w piątek masz kontrolę jakości palucha. Żeby tego było mało, zorientowałaś się też, że po poniedziałku ma przyjść wtorek, po wtorku środa, po środzie czwartek, a po nim - on. Ból egzystencjalny, lub inaczej ''wizyta u specjalisty,'' jak ją fachowo w służbie zdrowia nazywają. 

Gdybyś szła do dentysty z pewnością umyłabyś zęby, do ginekologa wiadomo co, więc przed odwiedzinami u ortopedy postanowiłaś gruntownie wyszorować swe kończyny dolne. Czemu dwie, skoro tylko jedna jest na L-4, a druga we względnie dobrej formie? A skąd masz wiedzieć, czy spec od urazów będzie chciał zobaczyć jedną, czy obie siostry? Wizyta na trzynastą. W związku z tym już od dziesiątej poczyniłaś przygotowania, niczym do balu maturalnego. Tak wypielęgnowanych stóp nie powstydziłyby się nawet topowe gwiazdy Hollywood. Wypucowane do granic możliwości paluchy, a wśród nich jedna mała czarna owieczka W zasadzie to bardziej czerwona. Gdyby nie to, że twoja żaróweczka nadal świeci w ciemności, do swej stylizacji  dorzuciłabyś pewnie brokatu. Jak szaleć, to szaleć!

Już po kilku minutach od wejścia do klubu ''Przychodnia'', zdajesz sobie sprawę, że przychodzą tu same sztywniaki. Tylko siedzą i ściany podpierają. Na parkiecie nie lepiej, zdrowa bliźniaczka w ogóle nie  miała możliwości pokazania swoich wdzięków, a choróbka - tylko przez sekundę i to bez sprawdzenia jej organoleptycznie, nie licząc pobieżnego rzutu okiem. Zastanawiasz się, czy lekarz cierpi właśnie z powodu kataru. Jak bowiem inaczej wyjaśnić całkowity brak reakcji na cudowną woń wydobywającą się z twojego obuwia? Tak, to na pewno wina przeziębienia. Przełknęłaś jakoś to, że z tańców dzisiaj nici, jednak to co cię teraz martwi, to by po tej imprezie nie zacząć utykać mocniej - od nadmiaru tych wszystkich leczniczych maści różnej maści. I pomyśleć, że wieki temu powodem takich problemów bywał alkohol. 

czwartek, 10 stycznia 2019

Nie taka zwykła rozmowa przy płocie


Przez otwarte okno, szczególnie latem, często słyszałaś śmiech i wesołe wrzaski. Ich źródłem były dzieciaki, a dokładniej taplający się w dmuchanym basenie chłopcy, na oko, kilkunastoletni. Łobuzy straszne.  Często wpadali do swojego wujka, a twojego sąsiada. Widać było, że są mocno zżyci. Dzięki nim, ogród z tej strony domu był tym, najbardziej żywym. A sąsiad? 



Z pewnością nieprzeciętny. Choć to nie jedyny biały kruk wśród osób,  z którymi przyszło ci sąsiadować. Kawaler, w wieku około pięćdziesięciu lat, dzięki czemu awansował już chyba na wyższe stanowisko  – starego kawalera? Mimo dość znacznej różnicy wieku, nigdy nie dał tego odczuć. Żadnej wyższości. Zawsze wesoły, uśmiechnięty, na luzie, którego pozazdrościłby mu niejeden nastolatek. Człowiek, chyba, zadowolony z życia. I ta jego  nasza cudowna gwara… No coś pięknego! Tego podrobić się nie da. Nie ma opcji. 


Przebywając na balkonie, częściowo wychodzącym na jego ogród, zawsze brałaś pod uwagę, że za chwilę możesz zostać wyrwana do odpowiedzi. Wykrzykując twoje imię w sposób, który nie pozostawiał wątpliwości, przez kogo jesteś poszukiwana, dawał ci naprawdę masę radości. Przypominałaś sobie natychmiast, że dom w którym mieszkasz, jest twoim miejscem na ziemi. Niepowtarzalnym, jedynym w swoim rodzaju. I całe te Dubaje mogą się schować.

Tak było i tym razem. Po serdecznym przywitaniu i energicznym machaniu do siebie górną kończyną, co stanowiło tu niejako rytuał, ustaliliście aktualne kwestie dotyczące zwisającego między waszymi domami kabla. Po kwadransie debaty, co też z tym fantem zrobić, usłyszałaś wreszcie niestandardowe mocno pytanie:
 –    ,,A tyś (tu imię) to się hajtneła z miłości, czy jak?’’
 – ,,Miłości? Dla pieniędzy, wiadomo!’’ –  odpowiedziałaś najgłośniej jak potrafiłaś. Uśmiechnięta do granic możliwości z wiaderkiem pod pachą, mogłaś już opuścić uprzątnięty przed momentem taras W tle słychać było już tylko gromki śmiech sąsiada. I to właśnie było fantastyczne. Co bowiem lepszego można sobie wyobrazić w relacji, z kimś na dobrą sprawę całkiem nam obcym? Jedyne co nas przecież łączy to fragment płotu i gałęzie, które mimo że wyrastające z drzewa po twojej stronie, strącały liście na sąsiedni już ogród. W całej tej rozmowie tej nie było nic nadzwyczajnego gdyby nie fakt, że była ostatnią…






Kiedy dowiedziałaś się, że Jego już nie ma. Długo myślałaś, że to żart, w dodatku kiepski. Tacy ludzie przecież nie umierają. Smutni tak, ale pełni życia? Co to ma w ogóle znaczyć!


***

Jak teraz wyglądać będą letnie poranki? Z pewnością spokojniej. Ale czy o taki spokój ci chodzi? Już same święta były potwornie przygnębiające. Każde wyjrzenie za okno, w tę nieszczęśliwą teraz stronę, kończy się chwilą nostalgii. A kiedyś tak chętnie patrzyłaś przez nie, wiedząc że zaraz możesz  być świadkiem czegoś ekstremalnie zabawnego, czy po prostu wprawiającego cię w dobry nastrój. Ludzie, którzy przewijali się przez ten dom, dawali wrażenie alternatywnego świata. Zawsze mieli czas na wspólne posiadówy pod gołym niebem, zabawę przy muzyce po późnych godzin wieczornych. Naprawdę cieszyli się życiem. Teraz, zgaszone wiecznie światło – tyle po Nim zostało. No i wiele lat wspomnień. Fajnych, naprawdę fajnych. Gdybyś wiedziała, zostałabyś wtedy na tym cholernym balkonie trochę dłużej…