Nie martwię się już o
oświatowo-niepewny los. Mogę zostać na przykład politykiem, jak
to Ktoś mi wczoraj zasugerował, lub księdzem - na co wpadłam
sama, ot tak. Obie fuchy wiążą się z koniecznością przemawiania
przed tłumem: przyszłych wyborców, czyli baranów (opcja
pierwsza), owieczek, czyli wiernych (wariant drugi). Ja póki co, mam
do czynienia tylko z gatunkiem będącym najlepszym kumplem Shreka,
oczywiście w liczbie około dwudziestu-trzydziestu. Na co dzień.
Zwykłe lekcje, czyli oświatowe wystąpienia publiczne, wersja
standard - nie robią już na mnie tego wrażenia, co jeszcze kilka
lat temu. Od czasu do czasu zdarza się jednak występować przed
stadkiem liczącym około czterysta sztuk. I to jest prawdziwe
wyzwanie!
Prowadzenie akademii, w której
uczestniczy osiemset oczu, to survival dla wszystkich kategorii
nauczycieli, nawet dla belfrów-weteranów. I mnie niedawno, po raz
kolejny spotkał ten zaszczyt. Ile ja się przed tym kwiatków
nawycinałam. Ile szpilek nawbijałam. A włosów ile wyrwałam,
tak by każde zaangażowane dziecię wiedziało, za co odpowiada. Niezliczone ilości. I
tak z odciskami na palcach i przerzedzonym włosem przystąpiłam do
ostatecznego działania. Mikrofon w dłoń i do dzieła.
Początkowo wszystko jak zwykle idzie
gładko. Nieletni są jeszcze zszokowani tym, gdzie i po co się
znaleźli. Każda kolejna minuta, jakby ją zważyć - staje się
coraz cięższa. Wystąpienia dzieciaków i nauczycieli przeplatają
się. Audytorium jest coraz marudniejsze, głośniejsze. Uciszanie ich, zabawianie, upominanie i tak na przemian. Horror gorszy niż te w dzieciństwie oglądane przez palce. Po dwóch godzinach koordynowania tańców, śpiewów, zabaw dla klas, czuję już... niewiele.
Saharę w ustach i zakwasy w nogach - zrobiłam chyba z pięć
kilometrów w linii prostej. Co gorsza, nie tylko nogi,
ale i mikrofon odmawia posłuszeństwa. Słychać mnie jakby coraz
ciszej i ciszej. Nie dał rady. Nie rozumiem tylko co się stało?
Mój głos go zawstydził czy jak? Czyżby dawno nikt nie potraktował
go takimi decybelami? Mięczak. No nic, trudno. Dobrze, że mógł
zastąpić go brat bliźniak. I tak zmierzając do końca uroczystości przekazuję
pałeczkę przedstawicielom samorządu uczniowskiego. Był to
ostatni punkt bardzo rozbudowanego scenariusza. Nader chyba, za co biję się w pierś.
Jak co roku, w murach naszej szkoły
odbywa się rozdanie nagród specjalnych. To coś na kształt Oscarów - dla
najbardziej wyróżniających się uczniów i nauczycieli. Mamy
możliwość głosowania na nieletnich. Oni na nas, ale i na siebie
wzajemnie. Super sprawa! Po ogłoszeniu wyników dla najlepszych
uczniów w całej gamie różnych kategorii, przychodzi pora na
kategorie dla belfrów. Wtedy to dopiero, zresztą jak co roku - serce
bije mocniej, a nogi zaczynają drżeć. Ciekawość zżera Cię
a propos tego, czy dzieciaki Cię w ogóle dostrzegają. Zaraz dowiesz
się też, kim ewentualnie jesteś w ich oczach. Muszę przyznać, że
tegoroczne Oscary były dla mnie szczególnie udane. Nominacje w
dwóch na pięć kategorii. I to te dla mnie najbardziej
pożądane, mianowicie: Sierżant Roku i Wokal Roku. Pierwszy tytuł
przeszedł mi koło nosa. Jednak zeszłoroczna nominacja w kategorii
Wokal, tym razem zakończyła się zwycięstwem! Wyjście belfra na środek, odbiór nagrody, to w pewnym sensie porównywalne ze strzeleniem przez piłkarza decydującego gola lub opatentowaniem nowego sprzętu przez inżyniera. Po prostu coś co robisz przez dłuższy czas, nad czym pracujesz więcej, iż jest to przewidziane w umowie - ma szanse zakończyć się sukcesem. Natężenie wrzasków i ilość oklasków
również powinny dać do myślenia.
Mi dały. (Nie)zły belfer nie jest
bezbarwny! Jest jakiś. Okazuje się, że jego niestandardowe metody są zauważalne. Być najgłośniejszą w szkole. Tą której upominanie, zwracanie uwagi jest słyszalne, która wbija szpile, nęka dzieciaki, by sprowadzić je na dobrą drogę. Marzenie :) Ogromną radość sprawiły mi ich brawa, uśmiechy i gratulacje. Po
uroczystości musiałam co prawda podjechać do apteki, by wykupić połowę asortymentu: medykamentów wspomagających głos, proszków na ból głowy, kompletu plastrów. Straciłam kilka paznokci,
włosów, ale zyskałam kopa do działania! Popracuję jeszcze nad nękaniem i być może w przyszłym roku z akademii wyjdę jako Sierżant?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz